O katalogach i filtrach Googla

Jak każdy początkujący pozycjoner na początku swojej drogi, uruchomiłem sobie kilka katalogów stron. Żadna tam wielka ilość, w sumie może ich dziesięć było. Popracowałem nad jako takim, w miarę indywidualnym wyglądem i codziennie je wszystkie moderowałem.
Pisałem o tym już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Krótko: Zauważyłem, że Google ma inne zdanie o moich katalogach, niż ja sam.

Te które w pewnym momencie odpuściłem i ustawiłem na „bez moderacji” (wcześniej wpisawszy w filtr długa litanię słówek) mają się świetnie, a ten, o który dbałem, chuchałem i moderowałem – najpierw stracił PR4 na PR3, a po dwóch kolejnym miesiącach zabrali PR na kompletne Zero. A sam katalog dostał filtr na swoją frazę tytułową „Mokry Katalog„. I teraz sobie siedzi w SERPach gdzieś tam, poniżej 200 pozycji. Smutne to trochę i krzywdzące.

Wszystkie inne moje katalog wyszły z filtra „260″ (niektóre, jak strony.natka.pl nigdy go nie miały) i powoli się indeksują z nowymi linkami. Wszystkie też wypływają w wynikach wyszukiwań na najrozmaitsze frazy. Prócz tego jednego biedaka, Mokrego. Był to ostatni z katalogów, który miałem zamiar przerobić na płatny, bo mi się już nie chciało go moderować, ale nie zdążyłem z przeróbką, która być może uratowała by go od zapomnienia. A być może nie. Bo moje dwa katalogi, te na wpół moderowane (to znaczy: nie moderowane, ale z bogatą listą słów filtrowanych) trzymają się świetnie. nie ma śladu po filtrze „260″, PR3 jaki dostały zaraz na początku swojego istnienia trzyma się już prawie rok – czego chcieć więcej od katalogu?

Z jednej strony podnoszą się głosy: wszystkie katalogi to farmy linkowe i śmietniki, ale ktoś, kto zadał by sobie trud i sprawdził jak wygląda sytuacja z katalogami, mógłby szybko dojść do właściwego wniosku: są Katalogi i katalogi. I faktycznie, są śmietniki. I co ciekawe – google je szanuje i wysoko serpuje. Rzecz dla mnie nie pojęta, ale tak jest. Goglowy algorytm to rzecz święta.

A wczoraj na nieocenionym forum PiO CezAre pisze o tym, że na blogu Gogla jakiś przygłup domaga się od Googla usunięcia naszych Preselli. To faktycznie wygląda na typowo polską akcję: ja nie mam, to i ty mieć nie będziesz. Co za ludzie, nie potrafią czytać po angielsku, że nie widzą jak mali jesteśmy wobec anglojęzycznych spamerów?
A może to zorganizowana akcja? Większość właścicieli i prowadzących precelki domaga się unikatowej treści, bo nie chcą podpadać pod „duplicate content”. Mityczny czy nie, lepiej dmuchać na zimne. Też tak robię, a i Wam radzę. A widać już, że googlowa akcja deratyzacyjna z Qlwebami przyniosła niewielki skutek – w sensie trzymania pozycji. Bo strony które wypozycjonowałem Qlwebami trzymają się mocno tam, gdzie je upchnąłem. Ale nowych wpisów do Qlwebów chyba faktycznie jest mniej.
Teraz, zamiast wymyślać unikalną treść do swoich stron by je dodawać do dziesiątków Precelków, wystarczy słać apele do Wielkiego G, by skasowali linki z Precelków. Bo dodawać się adderem do Kulłebów szybciej, prościej i wysilać się nie trzeba.

Tagi dla tego wpisu:

(koniecznie)

(koniecznie)