Miewam takie momenty, gdy nachodzi mnie ochota uwolnić się od wszechwładnego Billa G i jego M$. Myślę wtedy: Postawię jakiegoś linuksa. Softu podobno jest tyle, że wszystko da się zrobić.
Bywa tak, że wyciągam zapasowy dysk i z zapałem zabieram się do pracy: instaluję linuksa.
Wczoraj właśnie nadszedł taki dzień; ściągnąłem KUbuntu 6.10pl, nagrałem obraz na płytę i opalam komputer. Pokazuje się pierwszy ekran startowy, wybieram język i uruchamiam instalację. proste i przyjazne. Zacieram ręce – jest dobrze!
A być może, tak mi się tylko wydaje.
Po mniej więcej pięciu minutach, kilku mrugnięciach kompletnie czarnego monitora widzę literki. Mało fajnie. To, że po angielsku nie przeraża mnie tak, jak to co czytam: ubuntu@ubuntu:”$
I co, panie, dalej?
Zapytałem na forum zacnych ludzi: Co czynić, poradźcie!
Życzliwa dusza poradziła mi: po prostu wpisz:
startx
I znów, prawie dobrze. Okienek co prawda nie ma, ale grunt, że nie ma niebieskiego ekranu z błędami. Widzę zachęcająco wyglądający tekst:
Fatal Server error: no screens found. XIO: fatal IO error 104 (Conection reset by per) on X server „:0.0” after 0 request (0 known processed) with 0 events remaing.
Poskarżyłem się. Zamiast mnie pocieszyć, usłyszałem: „Nie przesadzaj – wpisz sobie w terminalu: sudo aptitude install kubuntu-desktop”
Wpisałem. Dostałem po chwilce odpowiedź: Done. kubuntu-desktop is alredy the newest version.
No, myślę i znów zacieram ręce. Teraz tylko: startx i z pewnością pójdzie.
Nie poszło.
Znów wyświetla ponownie, że w zasadzie jest dobrze, tylko: Fatal server error: no screens found. IO error. 104
Nie będę ukrywał – przyjazność Linuksa widzę od pierwszych chwil! Ale są święta, mam dużo czasu, nastawiłem kolejną płytę z systemem. Prosto ze strony Ubuntu.pl: Wersja polska 6.12. Jeszcze kwadrans i zaczynam od nowa.
A tymczasem poleję sobie wina, bo widzę, że twardym trza być, nie mientkim.
—
Nie minęły dwa strzały znikąd, a ja już jestem z powrotem. Okazało się, że ostatnią płytę CDRom zużyłem na poprzedni obraz Kubuntu, a nagrany na płyte DVD już nie botuje komputera. Jako że wielka sobota za oknem, sklepy zamknięte i nie ma gdzie kupić kolejnej płyty.
—
W niedzielę dostałem od siostrzenicy trzy czyste cdromy, na pierwszego nagrałem świeżo pobrane polskie Ubuntu 6.12, restartuję komputer, w BIOSie ustawiam boot form CDRom i jazda.
Ekran logowania inny, bo pomarańczowo rudy zamiast niebieski. Do wyboru te same opcje, wiec wybieram uruchom lub zainstaluj i … czekam.
Po dobrych kilku minutach monitor kliknął jak przy zmianie rozdzielczości i pokazał mi prawdziwy Niebieski Ekran. Całkiem jak w starej windozji! Odżyły moje wspomnienia i ciepło mi się zrobiło.
Tym razem komunikat brzmiał:
Serwer X został wyłączony. Uruchom ponownie GDM, gdy serwer X zostanie poprawnie skonfigurowany.
Zrestartowałem, uruchomiłem instalatora czy to coś w bezpiecznym trybie graficznym, odczekałem i zobaczyłem to samo. Na forum PiO Mrt poradził mi: Zrób test pamięci.
Zrobiłem. Może nie do końca, bo po 2 godzinach 19 minutach i 3 poprawnych przebiegach zrezygnowałem. Bolesna prawda jest taka, że Windows 2000 nigdy nie robił mi takich problemów. Być może znalazłbym czas i chęci na naukę nowego systemu, ale gdy schody zaczynają się w trakcie instalacji, to nigdy nie wróży to nic dobrego.
—
Chwilkę po świętach próbowałem dokończyć moją przygodę z instalacją linuksa. Zaprosiłem sąsiada, ten przyniósł pakiet chyba siedmiu rożnych dystrybucji Live Linux i odpaliliśmy je po kolei. Fedora się nie uruchomiła, zawisął podczas instalacji. Tak samo Aurox 11 live, tyle, że Aurox zawisł jeszcze wczesniej, na napisie loading…..
Kolejne dwie dystrybucje się uruchomiły, nie miały za to polskiej wersji językowej. No, i nie widziały mojej karty sieciowej. A może i widziały, ale nie potrafiły jej uruchomić.
Jedyną dystrybucją był Linux Live reklamowany na okładce „Całkowicie po polsku” którego nazwy w tej chwili zapomniałem. Sprawdzę to zaraz, jak tylko zapiszę ten fragment tekstu – piszę bowiem z pod linuksa, pod Konqeurorem.
Ale zanim może przypomne sobie nazwę tegoż Linuxa, dwa słowa o samym systemie i moich wrażeniach;
Nie mam pojęcia, dlaczego linuksiarze twierdzą: „Windowsy to tylko kolorowe fajerwerki”. Śmiem twierdzić, że linuksy jakie dzisija widziałem, to kolorowe papugi przy windozianych, szarych wróblach. Wodotryski i bajery – to domena KDE. Nigdy wczesniej nie widziałem tylu możliwości i opcji dotyczących okienek i pasków (nie widziałem Maka, to pewnie dlatego). Ale…
Wyświetlanie stron internetowych – fatalne. Ekranowe fonty – skandaliczne. Dlaczego wyniki wyszukiwania w Goglu są napisane takim maczkiem? Muszę powiększać rozmiar fontów trzykrotnie, by coś zobaczyć. Dzięki temu fonty są koslawe, ale za to nieładne.
Odnalazłem opcje kerningu i antyaliasingu. Poprawia to trochę obraz, ale w stopniu nawet nie poprawnym.
Dlaczego klawisz „backspace” nie cofa przeglądarki? Mam klikać myszką w guziczek? Dlaczego Ctrl+X nie działa za kazdym razem? Dlaczego nie mogę napisać literki „ć” w okienku programu pocztowego?
Dajcie spokój. Jutro wracam do Windows 2000 i dalej będę go sobie chwalił, jak przez ostatnie pięć (czy nawet siedem) lat.
