Dzisiaj licznik odwiedzin przekroczył kompletnie magiczną dla mnie liczbę odwiedzin – sto tysięcy! Jestem naprawdę pod dużym wrażeniem. Rzecz jasna, zdaję sobie sprawę, że pewnie 80% tych odwiedzających to roboty, ale i tak mi się podoba. Sto tysięcy odwiedzin – jak to brzmi! Przez ponad półtorej roku – to już nie brzmi aż tak fajnie. A gdy pomyślę, że są serwisy, gdzie taką ilość odwiedzin ma się co miesiąc, czy co tydzień – nie dziwię się, że kusi montowanie reklam tak, by odwiedzający kliknął i dał zarobić te pół centa…
Naloty policji – strasznie długie
Zaglądam od pewnego czasu na vortal dobreprogramy.pl A to poczytam o jakichś nowościach, a to szukam jakiegoś programu, a to pośmieję się z wieści o ServicePacku do Visty itp. Generalnie – lubię sobie tam poszperać. Jednak ostatnio raz po raz natrafiam na notę o bohaterskiej akcji naszej policji w walce z cyberprzestępcami. By daleko nie szukać – dzisiaj przeczytałem newsa (i ponad dwieście komentarzy do niego) o tym, jak to Puławscy policjanci groźną szajkę rozgromili.
Newsa warto przeczytać, by wprowadzić się w klimat. A ja przytoczę kilka fragmentów tych komentarzy, które (z różnych powodów) przemówiły do mnie szczególnie. Jednak najpierw Motto:
BB | IPHASH : YQ-XD-YG-UD | 12.02.2008, 05:01
A ja bym zajrzał w komputery dzieci panów policjantów… i nie tylko
Dlaczego takie motto? W komentarzach kilka razy powtarza się tekst – kochani policjanci, zacznijcie kontrole od własnego podwórka. Przyznam i ja, że mam kilku kolegów w policji. I mogę tylko potwierdzić to, o czym inni mówią – policjanci mają w domach takie samo piractwo jak my, albo więcej. Więcej, bo pensje w policji są niezłe i w domu często jest nie jeden komputer, a trzy. Na każdym piracki Windows, gry i filmy. Ale, by było najzabawniej – w samym komisariacie też nie jest zbyt legalnie – policja nie ma oryginalnego oprogramowania – bo policji na takie oprogramowanie nie stać. Nie odważę się postawić pytania; Czy wydziały do walki z piractwem jakie działają ze smyczy polskiej RIIA korzystają z legalnego oprogramowania?
Dziewięćset (900) zarekwirowanych nośników! Jak to brzmi. To wypada po trzydzieści (30) na głowę. A teraz rozejrzyj się po swoim pokoju – ile masz nośników z wątpliwej jakości treścią?
Dobra, teraz już co lepsze kawałki: Czytaj dalej „Naloty policji – strasznie długie”
Jak sobie radzić z konkurencją.
Mówi się zwykle, że konkurencja na rynku skutkuje samym dobrem dla klienta; Firmy się muszą bardziej starać by do tego klienta dotrzeć, muszą staranniej go obsługiwać, a towar zwykle musi być lepszej jakości. Gdy klient ma do wyboru identyczny produkt, wybierze go w tej z firm, która da mu więcej gratisów, udzieli dłuższe gwarancji i jajka z niespodzianką.
Ale firmy też prześcigają się między sobą w konkurencyjności – co zrobić, gdy jesteśmy leniwi, nie chce nam się pracować a ktoś wchodzi nam w paradę? Wypada pozbyć się konkurencji, by wszystko wróciło do normy – do normy, to znaczy – jesteśmy tylko my i my dyktujemy warunki. Znamy to wszyscy, choćby z tego co wyprawiają giganci telekomunikacji. Jednak wojna taka toczy się nie tylko tam, gdzie w grę wchodzą naprawdę grube pieniądze. Taka wojenka toczy się i na samym dnie, na pierwszym szczeblu drabiny biznesu. A dzisiaj dostałem zabawny przykład takiego działania.
Jokesy. Bo dawno nie było.
Dzisiaj wyjątkowo podobało mi się kilka jokesów na JoeMonster.org – nie wiedziałem, który najlepszy, to podciągnę wszystkie trzy:
Ja: jaka akcja, kręcą ze stacji VIVA – Randez-Vous i podbijają z nienacka do jakiegoś typka (przypadkowo przechodziłem obok) i standardowe pytanie ta panna prowadząca „czy masz dziewczynę” a koleś „nie, rucham co się nawinie” i poszedł dalej
YooY: Brat znajomego, student IV roku medycyny, znalazł zdechłego kota na ulicy, długo się nie zastanawiając zabrał ścierwo do McDonalda podszedł do lady i rzucił na nią kota, wszyscy osłupieli, a on powiedział: „To już ostatni jakiego wam przynoszę ” i uciekł
Olej w moim samochodzie prosi się o wymianę. Hmm… Co mam mu dać? No i co on, ku*wa, może dać mnie?!
Emnet, barany i pozycjonowanie.
Pamiętam czasy gdy moja po złości wypromowana fraza najgorszy hosting przyniosła firmie Polfonic sławę. Nie mam pojęcia jak to zadziałało, ale gdy ruszony wyrzutami sumienia zaproponowałem, że usunę link ze strony, usłyszałem – Proszę tego nie robić! To dzięki temu jesteśmy sławni. Cóż, fraza jak fraza – grunt, że jesteś pierwszy w Google. Nie ważne co mówią, ważne by mówili. Skoro tak, to mam temat na kolejny wpis, i myślę, że jego bohater zasługuje na link z głównej strony pajmon.com; Dzisiaj opowiem wam, jak napisał do mnie Pan Michał Ziemniak i zaproponował najgorsze pozycjonowanie.
Chmmm, chciałem dać linka do strony spamera, ale okazuje się, że spamer strony nie posiada – w każdym bądź razie Google o tym nic nie wie. A wiadomo: Jak czegoś nie ma w Google, to znaczy, że nie istnieje. (Że tak zacytuję świętego Gatesa z Redmond.)
Tańszy Webmaster.
Dzisiaj historyjka w sumie na wesoło (choć nie każdemu jest do śmiechu) o tym, jak sprytna firma tańszego webmastera wynajęła.
Rzecz zaczęła się ponad pięć lat temu, gdy wespół z kolegą (dzisiaj doktor habilitowany z grafiki użytkowej) zrobiliśmy stronę dla pewnej lubelskiej firmy. Nazw i adresów nie będzie, bo potrzeby mnie ma – śmiesznej już nie będzie. W owym czasie, nie miałem pojęcia, że można kupić sobie kawałek serwera wirtualnego i rządzić sobie na nim jak na swoich włościach. Dlatego, naiwnie, polecałem wszystkim swoim klientom konto na serwerze mojego kolegi, którego znałem jeszcze z czasów gdy obaj mieliśmy długie włosy i graliśmy w zaprzyjaźnionych, bardzo metalowych kapelach. Serwer mojego kolegi stał w solidnej kolokacji i nie było z nim problemów. Problemy za to pojawiły się dwa lata później, bo kontakt z kolegą się urwał i wszelki słuch po nim zaginął. Serwer działał nadal – pod warunkiem, że się go w terminie opłacało. Ale nie mogłem już np: podpinać domen itp. Panel administracyjny serwera był więcej niż skromny, a cena była więcej niż wysoka. Cóż było robić – dorosłem w końcu do własnego kawałka tortu. Zacząłem przenosić moich klientów, oferując im za jedną trzecią tamtej kwoty porównywalne parametry. Nie miałem z tym problemów, bo strony zwykle były małe, a ruchu generowały tyle, co przysłowiowy kot napłakał.
Zadzwoniłem też do Firmy, o której mowa na początku – pani Właścicielka nie była zainteresowana zmianą serwera na tańszy, choć oferowałem wszelką pomoc przy przenosinach. Skoro tak – a że żadnej aktualizacji czy zlecenia od niej nie miałem od trzech lat, odpuściłem ją sobie.
13.Grudnia
Aktualny apel: Wstąp do ZOMO, a wyjdziesz na ludzi!
——-
Tak sobie myślę – tyle lat minęło. A jednak się pamięta.
Co prawda, ja to wspomnienia mam średnio traumatyczne – fakt, zamiast teleranka był okularnik, a ojciec przyszedł taki wkurwiony, jak rzadko kiedy.
A gdy okazało się, że nie ma szkoły i jest fajnie, poszliśmy na sanki. A to dalej niespodzianki: na rondzie, tuż obok naszej saneczkowej górki stoi najprawdziwszy T34. Tylko Janka Kosa brakowało. I Szarika. Chłopaki z czołgu nie mieli pojęcia jak mają się zachowywać, gdy dzieciarnia się zleciała oglądać czołg – palili sobie tylko ognisko w takim żelaznym koszu (bo śniegu było mnóstwo i mróz konkretny, nie to co dzisiaj).
Ale czy czołg stał jeden, czy więcej dni – tego już nie pamiętam. Ach – pamiętam jeszcze, gdy sąsiedzi mówili, że w FSC (wtedy największa fabryka w Lublinie, dzisiaj chyba Daewo się to nazywa) ci z solidarności robili noże, by w nocy zarżnąć tych, co byli w partii…
* wspomnienia moje, kawały z JoeMonster.
—–
– Jakie obiekty w Warszawie były w okresie stanu wojennego najpilniej strzeżone
– ?
– Koksowniki ustawione na skrzyżowaniach ulic, bo zawsze były gęsto obstawione patrolami.
Dwa pytania.
Dawno nie znalazłem dobrego kawału i wreszcie jest*. Zwróćcie uwagę na zawodowo stopniowane napięcie i wystrzałową puentę:
————-
Kalisz. Mąż z żoną wracają autobusem miejskim z pracy. Mężczyzna zagaja:
– Halinka, mam dwa pytania…
– Ludwik, do buzi dziś nie biorę! – natychmiast odwarkuje żona.
– Halinka, kochanie, to nie tak. Po prostu chciałem zapytać, czy nie wysiąść przy ’Biedronce’ i nie zrobić zakupów.
– Och, Ludwiś, jaki jesteś kochany. Nie, nie wysiadaj. Już wszystko kupiłam. A drugie pytanko, miły?
– A dasz może w dup*ę?
——–
* kawał jak zwykle z JoeMonstera, a zamieścił Skaut.
Vista i fingertip
Ta historia bardziej pasuje do Haryzjusza Hakiera, niż do mnie, ale co tam – pochwalę sie jak „zhakowałłęm* Vista”.
Otóż, byłem u klienta. Klient dużą firmę prowadzi, a jak każdy facet lubi gadżety – fundnął sobie laptop 12″ Asusa. Ful wypas Viśta Kuźwa Byznes, lakier fortepianowy na pokrywie i prawdziwa skóra dookoła klawiatury. Otworzył na tym małym cacku obrazek nad którym miałem dumać i odszedł, by odebrać telefon. A ja, zamiast dumać nad obrazkiem – obmacywałem laptop. Bo fajny. I traf chciał – kłapnołłem pokrywą. Vista natychmiast przeszła w stan wstrzymania, a do odblokowania trzeba było mieć „zarejestrowany fingertip”.
Kupa szczęścia
Kupa szczęścia. Na JoeMonster.org napisali, że tydzień noszenia gwarantuje milion jenów, ale ja w to nie wierzę. Myślę, że taką Kupę trzeba nosić, by dostać szansę na Upgrade Windows Vista Premium do Biznes. Urban Legend głosi, że
Windows Vista Biznes może być legalnie zastąpiona Windows XP Proff.
Jest o co walczyć jednym słowem.
